Autor: Makonar o 11:47

niedziela, 23 sierpnia 2009

Minął miesiąc od mojego ostatniego seansu w kinie. Próbowałem znaleźć film o tej samej porze, miejscu i tej samej sali co ostatnio - kto czytał bloga ten wie, że chodzi o moje pseudo romantyczne wyobrażenia i przywiązanie do liczb - nie mam pojęcia skąd mi się to wzięło. Niestety nie moglem się zmusić do oglądania filmu o świnkach morskich po polsku... brr, lubię gryzonie, ale nie znoszę niczego z Polskim dubbingiem (poza tym, tajemnicza dziewczyna z kina była na filmie z napisami - a mogla również wybrać wersję zlokalizowaną) tak wiec nie było sensu.
Oczywiście tym razem nikogo nie było, nic dziwnego, pora była inna.
O mały włos w ogóle nie poszedłbym do kina, ale stwierdziłem, że nawet cień szansy jest lepszy niż zero. To jak granie w lotka, niby wiadomo, że nie ma szansa, ale reklama dobrze nam radzi - trzeba grać żeby wygrać, no to zagrałem.

Problem w tym, że parę dni temu ponownie przyśniła mi się moja utracona miłość z przed wielu laty. Będąc gówniarzem w liceum zakochałem się bez wzajemności w koleżance. Oczywiście byłem głupim smarkaczem, tak wiec nic nigdy się nie wydarzyło, zresztą nie próbowałem nawet - za bardzo nieśmiały, i zbyt nielubiany w klasie nie widziałem siebie w roli czyjegoś chłopaka. Obserwując ją po cichu stworzyłem z niej obraz ideału. Nie widzę w tym nic złego, w końcu miłość to idealizowanie drugiej osoby. Przecież każdy człowiek na tym świecie jest pełen wad, ma odmienne zasady moralne od naszych, odmienne przyzwyczajenia, nie lubi tego co my a my nie lubimy tego co on. Niemniej jednak, dla jednego nadpobudliwego seksualnie nastolatka, jedna dziewczyna stała się muzą wszystkich jego marzeń, pragnień i ambicji. Odtąd porównywał każdą napotkaną dziewczynę z jego ideałem i niezmiennie jego muza zwyciężała w tych porównaniach, będąc niezaprzeczalnie piękniejsza, wspanialsza, posiadając więcej cech wspólnych itp.
Drogi się rozeszły, zmieniłem szkołę, zatraciłem sporo kontaktów, stwierdziłem, że nigdy jej nie zobaczę. Marzyłem o tym, żeby ponownie ją spotkać, śniłem o niej po nocach. No i cud się zdarzył, całkowity zbieg okoliczności pozwolił mi wznowić z nią znajomość - a co jeszcze lepsze - okazało się, że coś nas jednak ciągnie ku siebie - nawiązaliśmy, bardzo bliską znajomość, opartą na zdrowej porcji maili, oraz regularnych spacerów, na które to ona mnie zapraszała, głupi gówniarz nie dostrzegł oczywistych sygnałów skupiając się na swojej nieśmiałości i wmawiając sobie nie wiadomo co. Radość trwała całkiem długi, widywaliśmy się i pisaliśmy do siebie maile przez wiele miesięcy, dam głowę, że co najmniej rok. Niestety, wszystko spieprzyłem. Głupi smarkacz.
Dziewczyna "testowała" mnie, najwidoczniej coś tam było, dała mi kilka prostych testów, i zawaliłem jeden po drugim. Brak pewności siebie, brak punktualności (na najważniejsze w życiu spotkania zawsze się spóźniam, choć myślę o nich przez cały dzień. Nie było mnie wtedy kiedy mnie potrzebowała (najtragiczniejsze wspomnienie z moich młodzieńczych lat, o tym za chwilę)., pomimo iż marzyłem o niej każdego dnia, nie odpisywałem na jej maile niekiedy po kilka dni. Tak jakbym podświadomie chciał zrobić wszystko, żeby to zawalić - pewnie chciałem. Wtedy cierpiałem na ogólną depresję i całkowity brak motywacji do życia - myślę, że to całkowicie wpłynęło na moje zachowanie i po prostu poddałem się temu, zamiast walczyć o to co miałem tuż obok siebie - to czego najbardziej pragnąłem przez całe swoje dotychczasowe świadome życie.
Jak patrzę na siebie z tamtych lat, to mam ochotę palnąć się w głowę młotkiem.
Oczywiście zepsułem wszystko, odsunąłem ją od siebie i zniechęciłem. Myślę, że próbowała to ciągnąć, ale już wiedziała, że nic z tego nie wyjdzie, no i wtedy właśnie zdecydowałem się na krok desperacji - wyznanie miłosne przez e-mail (próbowałem 3 razy, wszystkie 3 były błędem). Oczywiście było za późno, i oczywiście był to nasz ostatni e-mail, nigdy więcej jej nie zobaczyłem, ale nigdy nie zapomniałem. Raz na jakiś czas moja podświadomość przyśle ją do mnie w snach, w bardzo romantycznych, niezwykle intensywnych snach.
Wiem, że nie była ideałem, wiem, że nie pasowaliśmy do siebie tak dobrze jak to sobie wmawiałem, wiem, że pewnie związek rozpadłby się, ale przecież miałem realną szansę i zawaliłem ją na całej linii.
Myślę, że kulminacyjnym punktem był jeden telefon. Otóż wiele lat temu, moja siostra prowadziła bogate życie towarzyskie. Telefon do niej dzwonił o każdej porze dnia i nocy. Zawsze do niej, nigdy do mnie (bo i kto miałby dzwonic), a wieczorami to już non stop. Moim rodzicom szybko znudziło się odbieranie telefonu, tak wiec generalnie olewali je, a siostra częściej nie chciała rozmawiać niż chciała. Byłem ostatnią osobą, która ten głupi telefon odbierała, nie wiem po co zresztą, tak więc jednego, smutnego wieczoru telefon zadzwonił, a ja go nie odebrałem. Ten jeden, jedyny raz, po wielu miesiącach odbierania go, dobrze wiedząc do kogo jest ten telefon, raz jedyny nie podniosłem słuchawki.
To była ona, do mnie - jeden jedyny raz zadzwoniła do mnie, była roztrzęsiona, smutna, potrzebowała oparcia, potrzebowała przyjaciela, kogoś bliskiego - a ja nie odebrałem telefonu. Nigdy więcej nie zadzwoniła do mnie. Dowiedziałem się wszystkie z maila, który wysłała w nocy.
To chyba było ostatnie światełko w tunelu, ostatnia iskra. Wmawiam sobie, że gdybym odebrał ten telefon, mógłbym naprawić jeszcze wszystko co zepsułem wcześniej,... ale nie odebrałem telefonu.
Nie chcę mówić, że to wszechświat się uwziął bo to nie prawda. Prawda jest taka, że byłem młody, nieśmiały i głupi. To straszne, że dla niektórych z nas, punktem decydujących w ich życiu jest krótki okres kiedy są nastolatkami i popełniają mnóstwo głupich błędów.

Oczywiście z perspektywy lat, wmówiłem sobie, że to nic by nie pomogło, że tak naprawdę od początku nie miałem szans, a po prostu byłem blisko i pod ręką - przyjaciel na zawołanie. Ale ból i poczucie straty pozostało.

Przez prawie rok nie byłem w stanie wyjść z pokoju i wstać z łóżka po naszej zakończonej przyjaźni. Nawet przez jeden dzień nie moglem jej winić za swoja depresje. Mogłem tylko czuć ból.

Próbowałem zastąpić mój ideał innym. Oczywiście za każdym razem byłem świadomy, że inna dziewczyna nigdy nie spełni mojego idealnego obrazu.

Próbowałem również poświęcić sie. Stwierdziłem, że jeśli nie mogę być z nią, to chociaż mogę być z kimś innym i uszczęśliwić kogoś innego. Spróbowałem i szło mi całkiem nieźle. Prawie 5 lat byliśmy razem, ale prawie codziennie żałowałem tego. Oczywiście i ją odsunąłem od siebie. W końcu odeszła, a ja nie powiem, byłem zdruzgotany. Minął rok i doszedłem do siebie.

A teraz znowu wraca ta jedna, utracona, idealna...

Próbowałem ją znaleźć w sieci. Jej nazwisko można znaleźć w googlu i wiem, że to ona. Niestety nie ma adresu e-mail. Nie prowadzi życia internetowego, o którym bym wiedział. Nawet raz jedyny, w wielkiej chwili słabości wszedłem na naszą klasę, ale nie miała tam swojego profilu.
Parę razy trafiłem na wspólnych znajomych z liceum, ale nikt nie miał z nią kontaktu.

Obiecałem sobie kiedyś, że jak będę miał 30 lat, to odszukam ją, ponownie, pewnie będzie miała męża, dzieci, karierę, ale wyobraziłem sobie, że nie - w końcu jest trochę podobna do mnie, trochę zbyt szalona, oraz z ogromną pasją - takiej osobie nie jest łatwo, ale z drugiej strony - to ja jestem życiowym nieudacznikiem.

Ech, poczułem się jak nastolatek wylewający swoje żale.

W skrócie, magia liczb nie dała sie sprawdzić, tak wiec wynik pozostaje nierozstrzygnięty. Dziewczyna z kina nie pojawiła się, a ja mam kilkudniową nostalgię za przeszłością.

0 komentarze: