Ciekawostką jest to co ostatnio zauważyłem. Otóż, nawet w poniedziałek o godzinie 11.00 jest pełno ludzi w centrum miasta. Po centrach handlowych łażą ludzie w kazdym wieku, dziwne. Może to wakacje, może coś innego, ale byłem pewien, że w taki dzień i o takiej porze będzie wiało pustkami.
Najwidoczniej ludzie nie mają nic ciekawego do roboty. Ja również, ale nie z leniwstwa tylko z wyboru. Ostatnio wyczytałem, że jak się planuje aktywnie wykorzystać czas wolny to najczęściej się to nie udaje i zamiast relaksu pojawia się stres. Postanowiłem pójść zgodnie za radą i zrezygnować z planów. Nie planuję swojego dnia, decyzję podejmuje spontanicznie w zalezności od danej chwili lub okoliczności. Jak na razie wychodzi bardzo dobrze. Czuję się wypoczęty i zrelaksowany... a przecież o to w tym wszystkim chodzi.
Kupiłem parę książek na kiermaszu... jakieś banalne, niezbyt ambitne tytuły. Zamierzam nadrobić zaległości w lekkiej lekturze. Ciekawe czy starczy mi śiły woli by przez nią przebrnąć, czy jak większość tego typu pozycji, trafią na półkę aby nigdy nie ujrzeć swiatła dziennego?
Lato i wysokie temperatury bardzo mocno odbijają się na sprzęcie komputerowym. Teraz pracuję przy otwartej obudowie z obawy przed przegrzaniem. Muszę spróbować znaleźć lepsze rozwiązanie.
Autor: Makonar o 08:51
wtorek, 17 sierpnia 2010
Autor: Makonar o 14:25
środa, 28 lipca 2010
Hej, wracam i to dość szybko. Jak obiecałem, będzie o książkach. Zacznijmy może od tego, że jestem pewnie jedną z tych nielicznych osób, które potrafią czytać te same książki wiele razy i nigdy mi się nie nudzą. Mam na swojej półce książki, które czytałem już po 10 razy i więcej i właśnie zabieram się za nie ponownie. Ot taki już jestem. Niemniej jednak, akurat coś mnie naszło i stwierdziłem, że przeczytałbym jakąś nową książkę. Po części złożyła się na to ta nowa moda na książki ze ślicznymi, błyszczącymi okładkami. Ostatnimi czasy można było spotkać np: w empiku różne książki, ale o bardzo podobnych, cieszących oko okładkach. Pomyślałem, że i jak coś wypróbuje. Mój wzrok padł na Uczennicę Maga, autorstwa Trudi Canavan. Stanowiła ona prequel do trylogii Czarnego Maga, która również błyszczała na półce. Pomyślałem sobie, a co mi tam i kupiłem. Książka z początku rozwijała się powoli, ale była całkiem interesująca. Pani Canavan obmyśliła całkiem interesującą koncepcję świata, oryginalną mechanikę działania magii oraz nadała bardzo wciągające tempo rozwoju akcji. Krótko mówiąc, książka spodobała mi się, wciągnęła i sprawiła mi mnóstwo radości. Trylogia Czarnego Maga ma ten sam schemat. Rozwija się powoli, bardzo powoli, bo staje się interesująca dopiero po ok 1/3 książki, tak wiec pozycja dla cierpliwych, ale w miarę rozwoju po prostu wciąga i to mocno. Drugi tom był jeszcze lepszy a trzeci to już po prostu rewelacja... przeczytałem go niemal jednym tchem i chciałem więcej. Złapałem wiec za jej kolejną Trylogię: Erę pięciorga. Ta z początku negatywnie mnie zaskoczyła, co to jest, kapłani, inne rasy jakieś biadolenie - z początku miałem ochotę przerwać czytanie i zapomnieć o tym, ale w miarę jak czytałem, okazało się, że magia tej autorki działa na mnie jeszcze silniej, tak samo, drugi tom był lepszy od pierwszego a trzeci był już nie do opisania, jedynie do przeczytania. Co mnie bardzo cieszy to fakt, że Pani Canavan pisze ciekawe, oryginalne i niezwykle wciągające książki. Co mnie nieco smuci, to to, że są bardzo do siebie podobne. Pani Canavan ma słabość do silnych młodych kobiet bohaterek, gejowskich par i ogólnie kontrowersyjnych związków. W każdej książce tego pełno. Natomiast może to i dobrze, że obie trylogie są podobne. Ich czytanie sprawiło mi równie dużo radości i za to jej chwała. Teraz ruszyła kolejna Trylogia, będąca kontynuacją Czarnego Maga i po pierwszej jestem już "hooked up". Czekam z niecierpliwością na kolejne, a wszystkich fanów klimatów fantasy zapraszam do sięgnięcia po te książki bo naprawdę warto.
Autor: Makonar o 14:36
sobota, 24 lipca 2010
Może się wydawać, że zapomniałem o blogu, ale to nieprawda. Po prostu moje lenistwo walczy z moją pasją do pisania i jak na razie wygrywa. Poza tym, wygląda na to, że zmówiło się z moimi kotami i razem utworzyli jakąś spółkę mającą na celu utrudnić mi pracę. Koty mają jakiś siódmy czy ósmy zmysł, który doskonale mówi im kiedy siadam do komputera z zamiarem zrobienia czegoś pożytecznego i definitywnie starają się temu zapobiec. Przez sporą część dnia obijałem się przy komputerze, i generalnie miały to w poważaniu, ale jak tylko postanowiłem coś napisać na blogu, natychmiast zaczęły się łasić, przeszkadzać, pakować na kolana - i to trzy na raz, w tym jedna biała, która łasi się do mnie raz na kilka miesięcy... zbieg okoliczności? Nie sądzę. Przez ostatnie 2 godziny musiałem głaskać nakolankowe paskudy aż wreszcie dały za wygraną i poszły spać, a ja mogę coś naskrobać. Może to ich sposób na powiedzenie właścicielowi, żeby nie pracował w weekendy? Od miesięcy nie udało mi się zrobić nic poważnego w weekend, bo za każdym razem kot ładuje mi się na kolana, ramiona lub ręce i klawiaturę.
Oj, dawno mnie tu nie było. No nic, spróbujemy coś ciekawego powiedzieć, może wyjdzie z tego coś więcej niż bełkot.
Chwaląc się, waga wskazuje 77kg, cel na najbliższy czas to 75 i utrzymać ją, co sprawi, że zobaczę tą wagę po raz pierwszy od kilkunastu lat.... he he .... jak ten czas leci, mogę mówić o jakimś zdarzeniu w moim życiu z przed kilkunastu lat. Ostatnio jakoś tak zacząłem zwracać uwagę bardziej na upływające lata. Na szczęście są osoby, które w ogóle nie wyglądają jakby wiek wpływał na nich negatywnie, ba wygląda na to, że są ludzie, którzy absolutnie nie przejmują się wiekiem i po prostu korzystają z życia . Mam nadzieję, że nie minie jeszcze z 10 lat zanim sam zacznę tak postrzegać swoje życie.
Na razie w desperackiej próbie poczucia się znowu młodym wybrałem się do kina na horror... dawno już nie miałem okazji oglądać tego, niedocenianego przez większość gatunku. Miałem nadzieję, że cały ten kinowy ambience pomoże mi znowu poczuć ten strach, który czułem oglądając horroru jako młody dzieciak... wtedy bałem się niezależnie od pory dnia czy nocy. Mogłem oglądać film we wtorek po południu, i być oblany zimnym potem, zbyt sparaliżowany aby nawet zdać sobie sprawę z możliwości sięgnięcia po pilota w każdej chwili. To były czasy kiedy nawet przeciętny horror potrafił przerazić... dziś próżno szukać czegoś takiego, nawet wśród klasyków gatunku i najnowszych dzieł...może się uodporniłem, może przyzwyczaiłem, a może po prostu jestem na to za stary? Mam nadzieję, że nie i jeszcze znajdę coś przerażającego bardziej niż perspektywa zobaczenia kolejnego filmu z Leonardo Dicaprio...
Co jeszcze ciekawego? Aktualna waga 77jkg. Cel na najbliższy czas to 75kg i taką utrzymać, co zarazem da mi powód do zobaczenia kolejnej rzeczy, której nie widziałem chyba od czasów podstawówki. Nie spodziewałem się nawet, że takie prosty zmiany w diecie i aktywności dadzą tak dobre efekty. Jakbym wiedział, to lepiej bym się przykładał od początku tego eksperymentu... albo jeszcze lepiej, nie doprowadzałbym siebie do stanu wyjściowego przez te wszystkie lata... ale cóż, w młodości cierpiałem na chroniczną depresję. Depresja to brak motywacji, a jak się nie ma motywacji to naprawdę nic się nie chce, i to nie kwestia lenistwa, człowiek po prostu nie ma siły niekiedy nawet wstać z łóżka. Tylko ten kto przechodził przez prawdziwą depresję zrozumie. No nic, te czasy minęły, teraz trzeba się zabrać za siebie. Ćwiczenia idą nieźle. Oby tylko sił starczyło, żeby powrócić do starego nawyku.
Dziś mam dobry humor, to się pochwalę: oglądajcie TVN Warszawa 2 sierpnia, bodajże o 21.15. Znowu nadarzyła się okazja do pokazania się w TV, ja próżny oczywiście skorzystałem... a co mi tam, przynajmniej dostałem wolne z pracy na ten dzień, a to było warte nawet znoszenia upałów i ganiania po całym mieście.
Ech, żeby chociaż dało się regularnie siąść do komputera i coś napisać... niestety upały zniechęcają kompletnie do siedzenia przy kompie.
O, zapomniałem... dziś na mieście złapałem metro i zobaczyłem, że jutro ostatni dzień na zobaczenie zdjęć przedwojennej Warszawy na al. Jerozolimskich 51. Bardzo podobają mi się takie stare fotografie, to jakby zupełnie inny świat, którego teraz już nigdzie nie uświadczymy, chyba, że na jakimś czarno-białym filmie, ale nawet polska TV nie daje już takich rzeczy, zadowalając się odgrzewaniem miernej amerykańskiej papki z lat 80/90/00. Dawno już nie miałem okazji przejść się na dobrą wystawę. To będzie chyba moim kolejnym noworocznym postanowieniem.
Następnym razem trochę więcej o książkach, ale już teraz mogę powiedzieć, że warto przejść się do Empika i zobaczyć trzy trylogie autorstwa niejakiej Trudi Canavan... może nie wyglądają na pierwszy rzut oka jakoś specjalnie, ale... te książki wciągają i to bardzo. Dawno już tak bardzo nie zaabsorbowała mnie książka, i to w dodatku praktycznie wybrana na chybił trafił z półki! Miałem szczęście.
Autor: Makonar o 00:35
poniedziałek, 22 marca 2010
Kino. Tym razem zdecydowałem się na film Legion, kontynuując serię nieudanych, pseudo-religijnych filmów jaką zapoczątkował Book of Eli. Film jest fatalny. Nie ma w nim absolutnie żadnej fabuły. Mam wrażenie, że powstał na podstawie jakiegoś short story - treści starczyłoby na kilka stron.
SPOILER ALERT:
Anioły wysłane zostają aby zniszczyć ludzki rodzaj. Ludzie o słabych umysłach zostają opętani i atakują najwidoczniej tych o mocnych umysłach. Wszyscy chcą dorwać generalnie jakieś nieślubne dziecko, jakiejś kelnerki, która w dodatku tego dziecka nie chce. Jeden anioł buntuje się i staje się człowiekiem. Oczywiście jest teraz śmiertelny i generalnie nie ma szans w starciu z normalnym aniołem, który jest nieśmiertelny... ale i tak będzie walczył bo wierzy i kocha ludzi. Anioł umiera, umierają wszyscy poboczni bohaterowie. Dobry eks anioł wraca jako zwykły anioł i ratuje główną parę bohaterów. Koniec.
Fabuła dziurawa, pełna niedociągnięć i całkowicie bez sensu.
A teraz trochę faktów.
1. Wszyscy bohaterowie poboczni giną i nit się generalnie nimi nie przejmuje. Nawet blisko z nimi związane osoby.
Córka traci ojca - olewka, ale jak jakiś koleś jest zagrożony skacze z dachu, żeby go ratować.
Żona traci męża - niby rozpacza, ale wieczorem pije sobie piwko jak gdyby nigdy nic.
Syn traci ojca, który podobno bardzo dużo dla niego znaczy - nawet nie zauważa tego - pełna olewka.
Córka, która jako ostatnia przeżyła atak na ich schronisko ginie w wypadku samochodowym, ratując główną parę bohaterów a jej śmierć upamiętnia dialog typu: "Przerzyła? Nie. To idziemy".
Wszyscy chcą zabić jakieś dziecko, ale jakoś niespecjalnie.
Pomijając fakt, że główny anioł się zbuntował i nie wykonał zadania. To wydaje się, że boskie siły mają znacznie więcej do swojej dyspozycji i generalnie jakby naprawdę chcieli zabić to dziecko to już by to zrobili w pierwszej scenie.
1. Kiedy opętani atakują ich spelunkę, jest ich cała setka, a obrońców trójka osób z karabinami i jeden co to nie potrafi strzelać (szlachetny). Generalnie ich obrona na nic sie nie zdaje bo opętani bez problemu dostają się do środka i nawet zabijają jednego z obrońców. Kiedy już ma być po filmie, nagle wszyscy się wycofują... straty - 20, pozostała 80'tka "opętanych" stwierdza, że ok, to damy im spokój bo są bardzo silni... eeee.... czemu? To mają być niby opętani, którzy ewidentnie nie zwracają uwagi na własne rany i straty... czemu nagle się wycofują skoro już mają dzieciaka w zasięgu?
Kolejny atak jest jeszcze głupszy i znowu generalnie nie wiadomo po co się tak starają, ponieważ gdyby naprawdę chcieli ich zabić, to by po prostu wjechali przez ścianę samochodem (tak, opętani jeżdżą samochodami, pickupami a nawet ciężarówkami), która jest zabitą 3 deskami ścianą z dykty. I wpadli całą bandą... ale nie wysyłają jedno dziecko, które nawet dostaje się do babki w ciąży i już już ma ją zabić, ale zamiast to zrobić, stoi i gapi się na nią, coś tam mamrocze, a potem nieudolnie próbuje zabić ją nożem... ale mówiąc nieudolnie mam na myśli... próbuje popełnić samobójstwo... na skutek mizernej zasłony tacą, dzieciak w jakiś sposób traci oba kciuki (nie wiem jak, może sam je sobie obciął), po czym nagle już nie jest zainteresowany atakiem na dziecko (niby cel tego ataku na ludzkość) i sobie atakuje kogoś innego.
Na koniec pojawia się anioł, rozpierdala wszystkich bohaterów pobocznych, w tym głównego obrońcę. Nie wiem czemu z nim ktokolwiek walczy, bo anioł jest nieśmiertelny, kulo odporny i ognioodporny. Generalnie oprócz przyłożenia mu pięścią, nie można nic mu zrobić.
Najgłupsze jest to, że dziecko się rodzi i nagle już opętani nie mogą go zaatakować... tak jakby wcześniej próbowali za wszelką cenę...
Para ucieka, ex-anioł ginie ale ponieważ był grzeczny, to powraca jako anioł znowu i dobija zmęczonego "prawego" anioła, który tylko próbuje wykonać rozkaz(wojskowy, który wykonuje rozkazy jest zły, ale babka paląca fajki w 8mym miesiącu ciąży jest ok).
Na koniec babka i koleś odjeżdżają w samochodzie pełnym broni - ciekawe po co im broń, opętani nie atakują dziecka, a anioła bronią nie da się rozwalić... po co zatem im ta broń, na ludzi? Podobno mają ocalić ludzkość.
Ostatnia kicha jest taka, że niby dziecko ma zostać zabite za wszelką cenę... do dyspozycji jest cała armia aniołów (film ma tytuł LEGION) ale za dzieciakiem rusza tylko jeden... jakby ich poszło dwóch to by było już po filmie - czemu tylko jeden, i gdzie podziała się reszta? Przez cały film widzimy ich tylko raz... reszta dzieje się w tym przydrożnym barze i na drodze...
KONIEC SPOILERA
Że też ktoś się zgodził grać w tym badziewiu. Musiał mieć bardzo niski budżet. Nie polecam. Trzymać się od tego gówna z daleka.
Autor: Makonar o 01:21
piątek, 27 listopada 2009
Długo mnie tu nie było... praca, praca i jeszcze raz praca. Nie omieszkam natomiast pochwalić sie, że na dzień dzisiejszy moja waga wynosi 80,4 kg, tak wiec zamierzony cel już prawie osiągnięty i to na grubo przed czasem.
W związku, że "fizycznie" czuję się lepiej, pozwoliłem sobie na odrobinę szaleństwa i zamiast oszczędzać, wydałem trochę kasy i wymieniłem sobie nieco mebli oraz sprawiłem nowy telewizor. Generalnie nie były to niezbędne rzeczy ale jestem bardzo zadowolony. Nowe łóżko i meble są wygodne i ładne, a pokój stał się jaśniejszy dzięki nim, choć nieco "zmalał".
Koty są bardzo zadowolone, zwłaszcza nowy fotel cieszy się ich uwagą, a jeszcze większą narzuta na nim - ewidentnie chcą się jej pozbyć, bo codziennie z uporem godnym kota zdejmują ją z fotela.
Koty są zdrowe, co mnie bardzo cieszy, bo ostatnio dużo zwierząt choruje, zarówno w mojej "drugiej" byłej już rodzinie, jak i wśród znajomych.
W pracy dzieje się dobrze, choć kryzys daje się we znaki. Mimo to, grudzień zapowiada się dobrze i zamierzam spędzić go w miłej atmosferze. Czas zacząć rozmyślać nad kolejnym noworocznym postanowieniem, tym razem nie będzie tak łatwo jak rok temu. Muszę wymyślić coś trudniejszego i... wziąć się do roboty.
Autor: Makonar o 03:06
sobota, 26 września 2009
Sobota. Waga 84 kg. Jestem na dobrej drodze. Wydaje się, że cel 80kg do końca roku jest całkiem realistyczny. 8 lat temu miałem wagę 81kg, tak wiec z jednej strony to sukces, że w ciągu kilku miesięcy jestem w stanie zrzucić nadmiar kilogramów, z drugiej strony szkoda, że nie zabrałem się za to znacznie wcześniej.
Kolejne fajne anime: School Rumble. Obejrzałem 2 sezony no i szukam 3'ciego. Znacznie lżejsze niż Tora Dora i mniej realistyczne, ale za to bardziej śmieszne. Niestety happy endu brak... fabuła otwarta, szkoda. Lubie jak w anime pojawia się zwrot akcji, albo kiedy bohaterowie się rozwijają i idą dalej. Bardzo się zawiodłem, kiedy po 7 sezonach Ranma 1/2 nie było żadnej finalnej konkluzji, żadnej sceny, to tak jakby nic się nie zmieniło, i wszystko zostało po staremu. Love Hina potrzebowała osobnej serii OAV ale udało się zrobić dobre zakończenie. Mam nadzieję, że jeśli kiedykolwiek zdobędę 3 sezon School Rumble, to fabuła się ruszy, bo zapowiada się wielce ciekawie.
W życiu nic nowego. Chwilowy zastój. Martwi mnie natarczywość mojej eks, czego oczekuje ode mnie? Pojęcia nie mam. Mimo to, miło z kimś pogadać,
Autor: Makonar o 14:12
środa, 16 września 2009
Długo, za długo unikałem swojej klawiatury.
Zacznę od technicznych rzeczy. 30 sierpnia zobaczyłem na wadze upragnioną cyferkę 85 kg. Nie ważne, że było tam coś wysokiego po przecinku... w sumie przecież to moje zasady i mogę je naginać. To taki częściowy sukces, bo mniej więcej udało się. Teraz nie ma odwrotu, do końca roku 80kg i chyba czas najwyższy zabrać się za jakieś ćwiczenia. Kto wie jak zdobyć się na motywację?
Wracając do tematu, obrana ścieżka żywieniowa się sprawdza, nadal nie mam dość świeżych warzyw, bananów i chrupkiego pieczywa, i co najważniejsze... bardzo ograniczyłem spożycie przekąsek w cateringu. Teraz jeszcze walczę o rezygnację z okazjonalnego fastfooda u będzie całkiem nieźle.
Nie pamietam czy pisałem o tym, ale zdrowe żywienie jest, co zaskakujące znacznie tańsze niż to co jadłem dotychczas - dawniej kupowałem w sklepie jakieś mrożonki, margarynę, ser żółty, pieczywo, ciastko czy wafelka, itp produkty - zawsze wydawałem od 100 - 150zł. Teraz kupuję pełen kosz warzyw, paprykę, marchewki, ogórki, cykorię, pomidorki koktajlowe (drogie jak diabli), do tego drogą wodę albo jakieś szczypiorki, rzodkiewki, ser biały i śmietanę - i mój rachunek głosi 50-80 zł... jedzenia mam więcej a wydaję mniej.
Tym bardziej byłem zaskoczony, bo rodzina przyzwyczaiła mnie, że takie rzeczy są drogie, pamiętam jak mama powiedziała mi kiedyś, że nie kupi czerwonej papryki bo droga... fakt, jest droga, ale jakoś nie podbija mojego rachunku.
No nic, pozostaje się cieszyć i wytrwać.
Z ciekawostek, znalazłem fajny serial anime w sieci i właśnie go oglądam... ToraDora! to naprawdę urocza komedia i muszę przyznać, że bardzo brakowało mi tego gatunku. Przyznam się, że anime ogląda mi się jeszcze przyjemniej niż klasyczne seriale, może łatwiej przywiązać się do bohaterów, którzy są tak bardzo odmienni od nas. Polecam jeśli ktoś lubi te klimaty. Ja tak.
Koty domagają się uwagi. Nie lubią jak spędzam za dużo czasu przy kompie. Za to jak chce im poświęcić uwagi to nigdy ich nie ma... tak to już chyba jest.
Brakuje mi regularnego pisania. Chyba muszę utworzyć jakiś grafik, najchętniej podzieliłbym tematykę postów na działy zainteresowań w zależności od dnia, ale na to nie starczy mi czasu, może podzielimy miesiąc na tygodnie, na który wypadnie na taki temat będę pisał? Ciekawe czy by to się udało.
