Autor: Makonar o 01:21

piątek, 27 listopada 2009

Długo mnie tu nie było... praca, praca i jeszcze raz praca. Nie omieszkam natomiast pochwalić sie, że na dzień dzisiejszy moja waga wynosi 80,4 kg, tak wiec zamierzony cel już prawie osiągnięty i to na grubo przed czasem.
W związku, że "fizycznie" czuję się lepiej, pozwoliłem sobie na odrobinę szaleństwa i zamiast oszczędzać, wydałem trochę kasy i wymieniłem sobie nieco mebli oraz sprawiłem nowy telewizor. Generalnie nie były to niezbędne rzeczy ale jestem bardzo zadowolony. Nowe łóżko i meble są wygodne i ładne, a pokój stał się jaśniejszy dzięki nim, choć nieco "zmalał".
Koty są bardzo zadowolone, zwłaszcza nowy fotel cieszy się ich uwagą, a jeszcze większą narzuta na nim - ewidentnie chcą się jej pozbyć, bo codziennie z uporem godnym kota zdejmują ją z fotela.
Koty są zdrowe, co mnie bardzo cieszy, bo ostatnio dużo zwierząt choruje, zarówno w mojej "drugiej" byłej już rodzinie, jak i wśród znajomych.
W pracy dzieje się dobrze, choć kryzys daje się we znaki. Mimo to, grudzień zapowiada się dobrze i zamierzam spędzić go w miłej atmosferze. Czas zacząć rozmyślać nad kolejnym noworocznym postanowieniem, tym razem nie będzie tak łatwo jak rok temu. Muszę wymyślić coś trudniejszego i... wziąć się do roboty.

Autor: Makonar o 03:06

sobota, 26 września 2009

Sobota. Waga 84 kg. Jestem na dobrej drodze. Wydaje się, że cel 80kg do końca roku jest całkiem realistyczny. 8 lat temu miałem wagę 81kg, tak wiec z jednej strony to sukces, że w ciągu kilku miesięcy jestem w stanie zrzucić nadmiar kilogramów, z drugiej strony szkoda, że nie zabrałem się za to znacznie wcześniej.

Kolejne fajne anime: School Rumble. Obejrzałem 2 sezony no i szukam 3'ciego. Znacznie lżejsze niż Tora Dora i mniej realistyczne, ale za to bardziej śmieszne. Niestety happy endu brak... fabuła otwarta, szkoda. Lubie jak w anime pojawia się zwrot akcji, albo kiedy bohaterowie się rozwijają i idą dalej. Bardzo się zawiodłem, kiedy po 7 sezonach Ranma 1/2 nie było żadnej finalnej konkluzji, żadnej sceny, to tak jakby nic się nie zmieniło, i wszystko zostało po staremu. Love Hina potrzebowała osobnej serii OAV ale udało się zrobić dobre zakończenie. Mam nadzieję, że jeśli kiedykolwiek zdobędę 3 sezon School Rumble, to fabuła się ruszy, bo zapowiada się wielce ciekawie.

W życiu nic nowego. Chwilowy zastój. Martwi mnie natarczywość mojej eks, czego oczekuje ode mnie? Pojęcia nie mam. Mimo to, miło z kimś pogadać,

Autor: Makonar o 14:12

środa, 16 września 2009

Długo, za długo unikałem swojej klawiatury.
Zacznę od technicznych rzeczy. 30 sierpnia zobaczyłem na wadze upragnioną cyferkę 85 kg. Nie ważne, że było tam coś wysokiego po przecinku... w sumie przecież to moje zasady i mogę je naginać. To taki częściowy sukces, bo mniej więcej udało się. Teraz nie ma odwrotu, do końca roku 80kg i chyba czas najwyższy zabrać się za jakieś ćwiczenia. Kto wie jak zdobyć się na motywację?
Wracając do tematu, obrana ścieżka żywieniowa się sprawdza, nadal nie mam dość świeżych warzyw, bananów i chrupkiego pieczywa, i co najważniejsze... bardzo ograniczyłem spożycie przekąsek w cateringu. Teraz jeszcze walczę o rezygnację z okazjonalnego fastfooda u będzie całkiem nieźle.
Nie pamietam czy pisałem o tym, ale zdrowe żywienie jest, co zaskakujące znacznie tańsze niż to co jadłem dotychczas - dawniej kupowałem w sklepie jakieś mrożonki, margarynę, ser żółty, pieczywo, ciastko czy wafelka, itp produkty - zawsze wydawałem od 100 - 150zł. Teraz kupuję pełen kosz warzyw, paprykę, marchewki, ogórki, cykorię, pomidorki koktajlowe (drogie jak diabli), do tego drogą wodę albo jakieś szczypiorki, rzodkiewki, ser biały i śmietanę - i mój rachunek głosi 50-80 zł... jedzenia mam więcej a wydaję mniej.
Tym bardziej byłem zaskoczony, bo rodzina przyzwyczaiła mnie, że takie rzeczy są drogie, pamiętam jak mama powiedziała mi kiedyś, że nie kupi czerwonej papryki bo droga... fakt, jest droga, ale jakoś nie podbija mojego rachunku.

No nic, pozostaje się cieszyć i wytrwać.

Z ciekawostek, znalazłem fajny serial anime w sieci i właśnie go oglądam... ToraDora! to naprawdę urocza komedia i muszę przyznać, że bardzo brakowało mi tego gatunku. Przyznam się, że anime ogląda mi się jeszcze przyjemniej niż klasyczne seriale, może łatwiej przywiązać się do bohaterów, którzy są tak bardzo odmienni od nas. Polecam jeśli ktoś lubi te klimaty. Ja tak.

Koty domagają się uwagi. Nie lubią jak spędzam za dużo czasu przy kompie. Za to jak chce im poświęcić uwagi to nigdy ich nie ma... tak to już chyba jest.

Brakuje mi regularnego pisania. Chyba muszę utworzyć jakiś grafik, najchętniej podzieliłbym tematykę postów na działy zainteresowań w zależności od dnia, ale na to nie starczy mi czasu, może podzielimy miesiąc na tygodnie, na który wypadnie na taki temat będę pisał? Ciekawe czy by to się udało.

Autor: Makonar o 11:47

niedziela, 23 sierpnia 2009

Minął miesiąc od mojego ostatniego seansu w kinie. Próbowałem znaleźć film o tej samej porze, miejscu i tej samej sali co ostatnio - kto czytał bloga ten wie, że chodzi o moje pseudo romantyczne wyobrażenia i przywiązanie do liczb - nie mam pojęcia skąd mi się to wzięło. Niestety nie moglem się zmusić do oglądania filmu o świnkach morskich po polsku... brr, lubię gryzonie, ale nie znoszę niczego z Polskim dubbingiem (poza tym, tajemnicza dziewczyna z kina była na filmie z napisami - a mogla również wybrać wersję zlokalizowaną) tak wiec nie było sensu.
Oczywiście tym razem nikogo nie było, nic dziwnego, pora była inna.
O mały włos w ogóle nie poszedłbym do kina, ale stwierdziłem, że nawet cień szansy jest lepszy niż zero. To jak granie w lotka, niby wiadomo, że nie ma szansa, ale reklama dobrze nam radzi - trzeba grać żeby wygrać, no to zagrałem.

Problem w tym, że parę dni temu ponownie przyśniła mi się moja utracona miłość z przed wielu laty. Będąc gówniarzem w liceum zakochałem się bez wzajemności w koleżance. Oczywiście byłem głupim smarkaczem, tak wiec nic nigdy się nie wydarzyło, zresztą nie próbowałem nawet - za bardzo nieśmiały, i zbyt nielubiany w klasie nie widziałem siebie w roli czyjegoś chłopaka. Obserwując ją po cichu stworzyłem z niej obraz ideału. Nie widzę w tym nic złego, w końcu miłość to idealizowanie drugiej osoby. Przecież każdy człowiek na tym świecie jest pełen wad, ma odmienne zasady moralne od naszych, odmienne przyzwyczajenia, nie lubi tego co my a my nie lubimy tego co on. Niemniej jednak, dla jednego nadpobudliwego seksualnie nastolatka, jedna dziewczyna stała się muzą wszystkich jego marzeń, pragnień i ambicji. Odtąd porównywał każdą napotkaną dziewczynę z jego ideałem i niezmiennie jego muza zwyciężała w tych porównaniach, będąc niezaprzeczalnie piękniejsza, wspanialsza, posiadając więcej cech wspólnych itp.
Drogi się rozeszły, zmieniłem szkołę, zatraciłem sporo kontaktów, stwierdziłem, że nigdy jej nie zobaczę. Marzyłem o tym, żeby ponownie ją spotkać, śniłem o niej po nocach. No i cud się zdarzył, całkowity zbieg okoliczności pozwolił mi wznowić z nią znajomość - a co jeszcze lepsze - okazało się, że coś nas jednak ciągnie ku siebie - nawiązaliśmy, bardzo bliską znajomość, opartą na zdrowej porcji maili, oraz regularnych spacerów, na które to ona mnie zapraszała, głupi gówniarz nie dostrzegł oczywistych sygnałów skupiając się na swojej nieśmiałości i wmawiając sobie nie wiadomo co. Radość trwała całkiem długi, widywaliśmy się i pisaliśmy do siebie maile przez wiele miesięcy, dam głowę, że co najmniej rok. Niestety, wszystko spieprzyłem. Głupi smarkacz.
Dziewczyna "testowała" mnie, najwidoczniej coś tam było, dała mi kilka prostych testów, i zawaliłem jeden po drugim. Brak pewności siebie, brak punktualności (na najważniejsze w życiu spotkania zawsze się spóźniam, choć myślę o nich przez cały dzień. Nie było mnie wtedy kiedy mnie potrzebowała (najtragiczniejsze wspomnienie z moich młodzieńczych lat, o tym za chwilę)., pomimo iż marzyłem o niej każdego dnia, nie odpisywałem na jej maile niekiedy po kilka dni. Tak jakbym podświadomie chciał zrobić wszystko, żeby to zawalić - pewnie chciałem. Wtedy cierpiałem na ogólną depresję i całkowity brak motywacji do życia - myślę, że to całkowicie wpłynęło na moje zachowanie i po prostu poddałem się temu, zamiast walczyć o to co miałem tuż obok siebie - to czego najbardziej pragnąłem przez całe swoje dotychczasowe świadome życie.
Jak patrzę na siebie z tamtych lat, to mam ochotę palnąć się w głowę młotkiem.
Oczywiście zepsułem wszystko, odsunąłem ją od siebie i zniechęciłem. Myślę, że próbowała to ciągnąć, ale już wiedziała, że nic z tego nie wyjdzie, no i wtedy właśnie zdecydowałem się na krok desperacji - wyznanie miłosne przez e-mail (próbowałem 3 razy, wszystkie 3 były błędem). Oczywiście było za późno, i oczywiście był to nasz ostatni e-mail, nigdy więcej jej nie zobaczyłem, ale nigdy nie zapomniałem. Raz na jakiś czas moja podświadomość przyśle ją do mnie w snach, w bardzo romantycznych, niezwykle intensywnych snach.
Wiem, że nie była ideałem, wiem, że nie pasowaliśmy do siebie tak dobrze jak to sobie wmawiałem, wiem, że pewnie związek rozpadłby się, ale przecież miałem realną szansę i zawaliłem ją na całej linii.
Myślę, że kulminacyjnym punktem był jeden telefon. Otóż wiele lat temu, moja siostra prowadziła bogate życie towarzyskie. Telefon do niej dzwonił o każdej porze dnia i nocy. Zawsze do niej, nigdy do mnie (bo i kto miałby dzwonic), a wieczorami to już non stop. Moim rodzicom szybko znudziło się odbieranie telefonu, tak wiec generalnie olewali je, a siostra częściej nie chciała rozmawiać niż chciała. Byłem ostatnią osobą, która ten głupi telefon odbierała, nie wiem po co zresztą, tak więc jednego, smutnego wieczoru telefon zadzwonił, a ja go nie odebrałem. Ten jeden, jedyny raz, po wielu miesiącach odbierania go, dobrze wiedząc do kogo jest ten telefon, raz jedyny nie podniosłem słuchawki.
To była ona, do mnie - jeden jedyny raz zadzwoniła do mnie, była roztrzęsiona, smutna, potrzebowała oparcia, potrzebowała przyjaciela, kogoś bliskiego - a ja nie odebrałem telefonu. Nigdy więcej nie zadzwoniła do mnie. Dowiedziałem się wszystkie z maila, który wysłała w nocy.
To chyba było ostatnie światełko w tunelu, ostatnia iskra. Wmawiam sobie, że gdybym odebrał ten telefon, mógłbym naprawić jeszcze wszystko co zepsułem wcześniej,... ale nie odebrałem telefonu.
Nie chcę mówić, że to wszechświat się uwziął bo to nie prawda. Prawda jest taka, że byłem młody, nieśmiały i głupi. To straszne, że dla niektórych z nas, punktem decydujących w ich życiu jest krótki okres kiedy są nastolatkami i popełniają mnóstwo głupich błędów.

Oczywiście z perspektywy lat, wmówiłem sobie, że to nic by nie pomogło, że tak naprawdę od początku nie miałem szans, a po prostu byłem blisko i pod ręką - przyjaciel na zawołanie. Ale ból i poczucie straty pozostało.

Przez prawie rok nie byłem w stanie wyjść z pokoju i wstać z łóżka po naszej zakończonej przyjaźni. Nawet przez jeden dzień nie moglem jej winić za swoja depresje. Mogłem tylko czuć ból.

Próbowałem zastąpić mój ideał innym. Oczywiście za każdym razem byłem świadomy, że inna dziewczyna nigdy nie spełni mojego idealnego obrazu.

Próbowałem również poświęcić sie. Stwierdziłem, że jeśli nie mogę być z nią, to chociaż mogę być z kimś innym i uszczęśliwić kogoś innego. Spróbowałem i szło mi całkiem nieźle. Prawie 5 lat byliśmy razem, ale prawie codziennie żałowałem tego. Oczywiście i ją odsunąłem od siebie. W końcu odeszła, a ja nie powiem, byłem zdruzgotany. Minął rok i doszedłem do siebie.

A teraz znowu wraca ta jedna, utracona, idealna...

Próbowałem ją znaleźć w sieci. Jej nazwisko można znaleźć w googlu i wiem, że to ona. Niestety nie ma adresu e-mail. Nie prowadzi życia internetowego, o którym bym wiedział. Nawet raz jedyny, w wielkiej chwili słabości wszedłem na naszą klasę, ale nie miała tam swojego profilu.
Parę razy trafiłem na wspólnych znajomych z liceum, ale nikt nie miał z nią kontaktu.

Obiecałem sobie kiedyś, że jak będę miał 30 lat, to odszukam ją, ponownie, pewnie będzie miała męża, dzieci, karierę, ale wyobraziłem sobie, że nie - w końcu jest trochę podobna do mnie, trochę zbyt szalona, oraz z ogromną pasją - takiej osobie nie jest łatwo, ale z drugiej strony - to ja jestem życiowym nieudacznikiem.

Ech, poczułem się jak nastolatek wylewający swoje żale.

W skrócie, magia liczb nie dała sie sprawdzić, tak wiec wynik pozostaje nierozstrzygnięty. Dziewczyna z kina nie pojawiła się, a ja mam kilkudniową nostalgię za przeszłością.

Autor: Makonar o 22:48

środa, 5 sierpnia 2009

Od paru dni zastanawiałem się czy napisać coś o nowej zdrowej formie odżywiania, czy też o wyzwaniu jakie mnie niebawem czeka. Na razie chyba zacznę od najstarszych tematów.

Wreszcie w 2009 roku zdecydowałem się na zmianę trybu życia. Na początku roku, ze smutkiem pożegnałem swoją colę i pepsi. Nie było łatwo, od jakiegoś 97 roku nie piłem praktycznie nic innego... na początku 2-4 litry dziennie, później 2, potem 1 w końcu 0,25 i na koniec całkowicie zastąpiłem colę wodą. Próbowałem parę lat temu, ale woda w butelkach plastikowych nie smakuje tak dobrze jak w szklanych - brakowało mi coli. Teraz przerzuciłem się na wodę w szklanych butelkach - droga, ale jest tak dobra, że w ogóle mi nie brakuje coli. Tak wiec plus dla zdrowia, choć dla portfela niespecjalnie.
Okazja do zdrowego odżywiania pojawiła się pod koniec maja - stłukłem swój kombiwar - moje główne źródło posiłków. Kombiwar to połączenie opcji piekarnika z poręczności kuchenki mikrofalowej - świetnie robi frytki, mrożoną pizze, ziemniaki, warzywa, wędliny, kurczaka, zapiekanki - jedynie ryba nie wychodzi dobrze. Piecze bez tłuszczu i bardzo ładnie przyrumienia, i nie wysusza jak mikrofala.
Niestety zniszczyłem swój i mogłem albo kupić nowy, ale troche szkoda wydawać kase na nowy, skoro brakuje mi tylko misy - napisałem do sprzedawcy, czy nie sprzeda zapasowej - nie odpisał, tak wiec zostałem z niczym.
Na szczęście dla mnie, bardzo lubię warzywa - kolorową paprykę, marchewki, ogórki, pomidorki koktailowe, kalarepę, cykorię, Poniważ od dawna posiłki robię juz tylko dla jednej osoby - stwierdziłem (wow, olśnienie), że mogę jeść to na co ja mam ochotę, no i mogę powrócić do semi-wegetarianizmu, który porzuciłem z powodu lenistwa (nie chciało mi sie robić 2 osobnych posiłków na raz). Tak, więc pożegnałem kombiwar i mrożonki, patelnię i olej i masło - wyczytałem, że to najbardziej zalecany produkt, jakiego można się pozbyć.
Aktualnie moje posiłki składają się z porcji warzyw, chrupkiego pieczywa i białego sera ze szczypiorkiem i rzodkiewkami z odrobiną śmietanki lub sojowego paszetu. Jedynie w pracy zjadam kanapke lub zupkę (catering).
Moim celem jest waga 85kg do końca sierpnia i jeśli to się uda - 80kg do końca roku. Na początku roku ważyłem 95kg. Przy moim wzroście dawało mi to kawał brzucha. Na chwilę obecną waga oscyluje pomiędzy 88 - 88,6 kg. Obawiam się, że wiecej nie schudnę bez powrotu do regularnych ćwiczeń. Jakieś6 lat temu szło mi nieźle - robiłem po 100 brzuszków i 30 pompek dziennie. Próbowałem kilka razy do tego wrócić, ale brakowało motywacji i chęci.
Zobaczymy czy się uda do końca sierpnia zrzucić ostatnie 3kg. 7 już się udało.

Autor: Makonar o 13:36

niedziela, 26 lipca 2009

Niedziela. Waga 88kg. (tak, odchudzam się, ale o tym później).
Po raz pierwszy od kilku tygodni doskwiera mi uczucie samotności, a raczej braku kogoś z kim mógłbym porozmawiać.
Wybrałem się do kina. Sam. Po filmie zwykle z kimś rozmawiam, dzielę się wrażeniami, ale nikogo takiego aktualnie nie ma. Mój pech. W kinie, obok mnie usiadła dziewczyna. Też przyszła sama. Kiedy opuszczałem salę, przepuściłem ją na schodach. Idąc za nią wyobraziłem sobie, że zagaduję do niej: "Cześć, jestem Mateusz, wybacz, że się narzucam, ale zdałem sobie sprawę, że nie mam z kim porozmawiać o filmie. Wypiłabyś ze mną kawę? Wydaje mi się, że film Ci się podobał.". Oczywiście nie zrobiłem tego. Poszedłem w swoją stronę. Parę razy obejrzałem się czy nie wypatrzę jej w tłumie. Odchodząc wyobraziłem sobie, że za miesiąc wybieram się na kolejny film, wybieram to samo miejsce, czas i salę i znowu siada obok mnie - wtedy na pewno bym coś powiedział. Typowe, przywiązanie do liczb i zrządzenia losu - dlaczego za miesiąc, a nie za tydzień, dlaczego o tej samej porze. Skąd pomysł, że wybierzemy ten sam film? O ile w ogóle zdarzy jej się być w kinie samą - może jej chłopak po prostu nie lubi takich filmów.

No cóż, zawsze pozostaje mi przyszły miesiąc, żeby się przekonać. Ciekawe czy za tydzień będę o tym pamiętał.

Dlaczego akurat jakaś dziewczyna, która siedziała obok mnie w kinie zwróciła moją uwagę? Nie wiem. Może kogoś mi przypomniała. Może po prostu zaskoczył mnie fakt, że ładna dziewczyna chodzi do kina sama. Może film podobał się jej tak jak mi? Może wyobraziłem sobie że ten jeden zbieg okoliczności sprawia, że mamy więcej wspólnego.

Nie wiem czemu akurat dziś poczułem się samotny. Generalnie dobrze jest być z kimś, ale dobrze jest też mieć przyjaciół. Generalnie to lubię swoją samotność, nie lubię ludzi, ale jakoś tak złapała mnie nostalgia za czymś utraconym. Życie jest ulotne.
Parę tygodni temu w przypływie nietypowego dla mnie natchnienia uknułem taki cytacik:
"Życie jest jak gra w berka... i Ty gonisz", po angielsku brzmi jeszcze lepiej "Life is like playing tag, and you are it.".
Prawda, że lepsze niż czekolada z Foresta Gumpa? No właśnie, nie da się dziś zrobić dobrego porównania, bez wkraczania w sferę taniego plagiatu, ale to mój cytat, sam go wymyśliłem i jestem z niego diablo dumny. No bo czekoladki z bombonierki zupełnie nie pasują - przecież przed kupnem możemy spojrzeć z tyłu opakowania i przeczytać dokładnie co nas czeka. Jedyna niespodzianka to faktyczna ilość naszego ulubionego smaku. Czyli co? Wiesz dokładnie co cię czeka w życiu, tylko nie wiesz ile razy natrafisz na to co najprzyjemniejsze, i zastanawiasz się, czy gorzki smakołyk zjeść, podarować komuś, czy wyrzucić. Idąc dalej - możemy przecież wybrać dowolną bombonierkę z półki, taką, która ma tylko to co lubimy, albo taką, która ma ten konkretny smak na jaki mamy ochotę, a jak ktoś ma więcej kasy może kupić kilka... w życiu nie możemy przebierać. Metafora do dokonywania właściwych wyborów tu nie podchodzi, bo przecież większość rzeczy dzieje się bez naszego udziału, a trzeba sporo zawęzić kryteriów aby ta wszechmocna czekoladka naprawdę miała sen.
Moje porównanie jest lepsze. Życie trzeba gonić, bo inaczej spędzimy je na obserwowaniu z daleka. Nie biorąc udziału w grze, nie namęczymy się, ale też ominie nas sporo zabawy.
Ponadto, każdy może przypomnieć sobie jak bawił się w dzieciństwie i odkryje, że takie właśnie jest jego życie. Ja lubiłem grę, ale oczywiście nie lubiłem gonić, zwykle traciłem zapał kiedy nie udało mi się kogoś szybko złapać, i uciekałem się do podstępów żeby szybko zrzucić odpowiedzialność. Uciekać długo też nie potrafiłem. Rezygnowałem szybko. Za to bawiłem się dobrze obserwując jak inni grają - no i tak żyje swoje życie. Patrzę na innych, oceniam ich, ale sam swoją grę rozgrywam w wyobraźni, a nie w prawdziwszym życiu - tam szybko tracę zapał. Wolę stanąć z boku, oprzeć się o ścianę, albo schować się przed odpowiedzialnością, zamiast ruszyć przysłowiowe cztery litery i dorwać życie, palnąć je z całej siły w plecy i krzyknąć, mam cie, berek, teraz ty gonisz!
I wszystko byłoby OK, gdyby nie dzisiejszy wieczór w kinie. Poczucie samotności. Żałuję, że nie odważyłem się uczynić kroku w stronę tej przypadkowej konwersacji, ale zabiła mnie trema i i brak znajomości etykiety, czy tak w ogóle wolno zaczepiać ludzi na ulicy? Jakby do mnie ktoś podszedł w ten sposób, dziewczyna dajmy na to, poczułbym się dziwnie i wcale nie byłbym pewien czy przyjąłbym zaproszenie.
Oczywiście mam milion wymówek, nie ogoliłem się, mam nieświeże włosy, stare ciuchy (przed kinem kupiłem kilka koszulek, bo stare nie wyglądają dobrze świeżo po upraniu), i w ogóle głupio tak zaczepiać obce osoby na ulicy. Może innym razem... w końcu, jak często idąc samemu do kina siada obok mnie ładna dziewczyna, również sama i akurat ma ochotę na rozmowy o filmie?

Autor: Makonar o 23:16

piątek, 17 lipca 2009

Pierwsze posty zawsze są trudne. Dlaczego Blog? Naszła mnie ostatnio ochota na powrót do pisania, ale ponieważ otwartych i niedokończonych projektów jest dużo, a czasu niewiele, pomyślałem, że może za pomocą bloga, będę mógł poudkładać skrawki tej chaotycznej układanki w jedną całość. Dzięki możliwości łatwej publikacji, która nie zawiera wiele czasu zamiast nie robić nic dla wielkiej ilości projektów, postaram się rozwijać je, choćby po kawałku.
Jeśli przy okazji znajdzie się tam ktoś kto to przeczyta - hej, punkt dla mnie.